piątek, 15 lipca 2016

Bieszczadzkie smaki - część II


... Po zakupach trzeba coś zjeść. Jeśli jesteśmy już w Wetlinie, to decyzja co do wyboru miejsca może być tylko jedna - 



Chata Wędrowca (Wetlina 113). Opisywana w żółtym przewodniku Gault& Millau i wyróżniona jedną czapeczką, zresztą po raz drugi z rzędu. Byliśmy tam pierwszy raz. Na wstępie miłe zaskoczenie, wnętrze jest przytulne, pełne starych przedmiotów, bibelotów i zdjęć , trochę jak w babcinym salonie, ale nieprzeładowane i takie ciepłe. Przechodząc do dań. Karta jest krótka, często zmieniana ze względu na sezonowość lokalnych produktów, ich dostępność oraz fantazję szefa kuchni i właściciela Roberta Żechowskiego. Jest to zazwyczaj dobry znak.



Zdecydowaliśmy się na Jagnięcinę w marynacie jogurtowej z pieca,



oraz placki po krzemieniecku. Jagnięcina rozpływała się w ustach, była delikatna w smaku i bardzo aromatyczna. Placki chrupkie, dobrze wysmażone i pyszny sos mięsny. Ale to wszystko to był tylko wstęp przed wielkim finałem. Naczytaliśmy się recenzji i opinii o nim, naoglądaliśmy zdjęć. 



W końcu nadeszła ta długo wyczekiwana chwila. Wjechał dostojnie na stół, wielki, ogromny, gruby, cały pokryty jagodami (mrożonymi ale zdecydowanie dały radę – nie było to ciapa ani dżem jagodowy, tylko bardzo smaczne pachnące jagody), przyozdobiony obficie bitą śmietaną (taką prawdziwą tłustą i gęstą) i posypany cukrem pudrem. Obsypany wieloma nagrodami, certyfikowany jako bieszczadzki produkt lokalny NALEŚNIK GIGANT. Powstał 23 lata temu w Bacówce pod Małą Rawską, jak twierdzi jego twórca z potrzeby chwili i dostępnych produktów mąki, mleka i jajek, oraz jagód z obficie porastającą polanę przy schronisku krzaków. Tak naprawdę z naleśnikiem ma niewiele wspólnego. Jest naprawdę duży, gruby i jest to raczej "racuch”. Jest bardzo słodki, kaloryczny i bardzo sycący. Można zamówić pół porcji albo nastawić się na długą konsumpcję. My wspólnie daliśmy mu radę popijając domową lemoniadą. Wizytę w Chacie wędrowca uważamy za bardzo udaną. Nie udało się tylko wynegocjować hamaków na poobiednią drzemkę, ale podobno niedługo mają być leżaki. Ważna uwaga - lokal jest czynny od maja do października. Można płacić kartą!!


Drugą restauracją, którą odwiedziliśmy i możemy ze spokojnym sumieniem polecić jest Karczma Paweł nie Całkiem Święty w Smereku (Smerek 67). Okazała Karczma zbudowana z drewnianych bali w stylu góralskiej chaty i szlacheckiego dworku. Wnętrze trochę przestylizowane, ale pasujące do całości. Za to widok z tarasu bezcenny. Smerek (1222 m n.p.m.) i połonina Wetlińska jak na dłoni. Można siedzieć, jeść, pić i kontemplować widok. W karcie dominuje kuchnia polska. Warto spróbować dań dawnych mieszkańców tych ziem Bojków i Łemków. 



My skusiliśmy się na lemiesze czyli chrupiące placki ziemniaczane podane ze śmietaną 



oraz miks pierogów (z nadzieniem ziemniaczanym, z kapustą, grzybami i serem) smażonymi w głębokim tłuszczu. Restauracja posiada rekomendację i jedną czapeczkę w żółtym przewodniku Gault& Millau. 



Będąc w Ustrzykach Górnych warto zajrzeć do Muzeum Młynarstwa i Wsi (ul. Fabryczna 12). Znajduje się ono w ponad 100 letnim kompleksie budynków. Pierwotnie obiekt pełnił funkcję fabryki narzędzi wiertniczych. Młynem został po I wojnie światowej. Młyn składa się z 



pięciu kondygnacji o powierzchni 1100 m2, na których znajdują się, pochodzące z lat 20-tych i 30-tych XX wieku, świetnie zachowane i robiące imponujące wrażenie maszyny oraz urządzenia do mielenia zboża. Muzeum jest jedynym w Polsce miejscem, w którym można obejrzeć kompletną linię czyszczenia i mielenia zboża w młynach z nowoczesnym napędem. Oprócz tego znajdziemy tam zbiory związane z wsią i rolnictwem, oraz inne drobniejsze urządzenia młynarskie z Podkarpacia. Jak już sobie pobiegamy po wszystkich kondygnacjach, możemy zejść do stylowo urządzonej karczmy mieszczącej się na parterze. Można w niej spróbować dań kuchni dawnych mieszkańców tych ziem. 



My skusiliśmy się na zupę Kisełycia, czyli zupę na bazie kwasu z kiszonej kapusty zabielaną ciemną mąką żytnią. Bardzo ciekawy pomysł i smak, który będziemy próbowali odtworzyć w domu lub raczej twórczo rozwinąć. 



Kolejnym daniem był Klepak Młynarzowej. Są to niewielkie kluseczki, coś w rodzaju kopytek. Bazą do ich przygotowania są płatki owsiane. Podane zostały ze skwarkami i białym serem twarogowym. 



Kolejnym daniem były Hryczanyki – kotlety z mięsa i ugotowanej na sypko kaszy gryczanej. Smażone na oleju lub smalcu. Ciekawe dania które dobrze smakowały w tym miejscu.


W wielu rozmowach o Bieszczadzkich serach przewijały się określenia: sery od Greka, sery od Nikosa, Nikosowe sery i choć geograficznie Czar PGR-u leży na Pogórzu Dynowskim, nie w Bieszczadach, nie mogliśmy tam nie pojechać. 



Tym bardziej że Nikos Manolopulos to guru karpackiego serowarstwa. Mieszka tu i robi sery już prawie 40 lat. Jest Grekiem, ale urodził się w Polsce. Jego rodzice przyjechali z Grecji do Polski w 1949 roku. On potem wyjechał do Grecji ale wrócił. Na pomysł żeby robić sery wpadł w Grecji. W greckiej Macedonii odwiedził wiele serowarni, podpatrywał produkcje i pomyślał czemu nie spróbować w Polsce. 



Obecnie produkuje sery typu karpackiego. Nie ma w nich żadnych kultur bakteryjnych, żadnych szczepionek, jedynie dzikie bakterie kwasu mlekowego i sól. Do produkcji swoich serów używa mieszanki mleka krowiego (około 50 %) oraz koziego i owczego w różnych proporcjach. Od jesieni do wiosny robi sery czysto krowie. W swoim gospodarstwie hoduje krowy starej rasy Simental, bo uważa że mleko tych krów jest najlepsze do przerobu na sery. Sery robi dwa razy dziennie natychmiast po udoju. Kiedyś robił ser wołoski, ale ktoś zastrzegł sobie tą nazwę i Nikos w swojej bacówce w weekend majowy 2000 roku, wraz z panią Jadzią Denisiukową wymyślili nazwę ser huculski.



Teraz używają jej wszyscy, a on nie zamierza jej zastrzec. Po degustacji, na ocienionym ganku domu, bez której oczywiście nie mogło się obyć, przesympatycznej rozmowie i sesji zdjęciowej, robimy zapasy serów i pakujemy je do lodówki w samochodzie. O tym, że Nikosowe sery są doskonałe niech świadczy fakt, że już wracając do domu po zakończonym urlopie, tak przez zupełny przypadek przejeżdżaliśmy przez Wańkową i zobaczyliśmy wielki charakterystyczny napis Czar PGRu, odruchowo skręciliśmy i zwiększyliśmy zapasy, które przywieźliśmy do domu. Adres czar PGRu – Wańkowa 3A.
W sklepach szukaliśmy chleba z piekarni MAŁGOSIA – Grabownica Starzeńska 600. Wprawdzie to już zdecydowanie nie jest firma bieszczadzka, ale chleb pieką bardzo dobry.
Ledwo wróciliśmy, a już zastanawiamy się kiedy znowu tam pojedziemy...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz