poniedziałek, 5 maja 2014

Navona

29 kwietnia na zaproszenie http://urodaizdrowie.pl oraz restauracji Navona mieszczącej się w Warszawie, przy ulicy Bitwy Warszawskiej 1920r. nr 19 miałam przyjemność degustować kilka dań z ich karty.
 
Mimo, iż restauracja znajduje się niecałe 4 kilometry od Dworca Centralnego czujemy się jakbyśmy byli poza miastem. Nie dociera gwar z pobliskiej ulicy a przez okna zagląda do środka zieleń.


Restauracja jest całkiem spora, jednak ustawienie stolików oraz przepierzenia sprawiają, iż nie czuje się ogromu sali. Całość utrzymana w tonacji beżowo brązowej, wystrój stonowany. Ogólnie przyjemne wrażenie.
Navona to restauracja włoska a więc w menu oczywiście jest pizza, risotto, makarony... oraz przystawki w stylu włoskim: vitello tonatto (plastry cielęciny w sosie z tuńczyka), bruschetta, carpaccio, sałaty....

Karta win jest krótka. Znajdziemy w niej między innymi kilkanaście win w cenie do 100 zł za butelkę. Jak na restaurację specjalizującą się w kuchni włoskiej, win z tego kraju powinno być więcej i powinny być bardziej zróżnicowane.
Dobrym pomysłem jest krótki opis każdego wina z sugestią do czego będzie pasowało.
Do wyboru miałam trzy dowolne dania z menu.
Ponieważ bardzo lubię szparagi a w Navonie w tej chwili jest specjalne menu szparagowe wybrałam dwa dania z nimi. Miało być jedno ze szparagami a dwa z pozostałej części karty ale gdy ujrzałam delikatny „mus szparagowo – pistacjowy z białą czekoladą” nie mogłam się oprzeć. I w ten sposób zamówiłam deser, a czy zrobiłam dobrze … o tym później.
Do Navony poszłam z córką i razem wybrałyśmy pozostałe dwa dania.
Wybór padł na „Tournedos z truflowymi tostami, szparagami, selerowym gratin, cebulkami chipolino w sosie balsamiczno – kawowym” za 67 zł oraz „Eskalopki cielęce w sosie z suszonych pomidorów podane ze smażonym na maśle szpinakiem” 44 zł.


Jako czekadełko podawane są małe bułeczki pieczone na miejscu z oliwą.
Do picia otrzymałyśmy świeżo wyciskany sok z pomarańczy oraz kawę do deseru.


Tournedos – małe okrągłe befsztyki przyrządzone z cieńszej części polędwicy wołowej. 

 
Na początek słowo krytyki, aby za pięknie nie było. 


Wolałabym polędwicę jednak ciut bardziej krwistą, ale... długą chwilę zajęło mi robienie zdjęcia i …. ale naprawdę była pyszna, delikatna... godna polecenia.
Spróbowałam samą cebulkę i wydała mi się ciut za ostra i za bardzo octowa – nie za bardzo lubię ocet balsamiczny. Ale połączenie tych cebulek z całością „podbijało” smak całego dania, wydobywało smak kawy z sosu. Gratin z selera – w domu będę musiała spróbować zrobić... może uda się stworzyć coś podobnego...
No i szparagi, ugotowane idealnie. Nie za twarde i nie za miękkie, takie na ząb.
No i ten tymianek jako garnie idealnie zgrany z całością.


O eskalopkach powiem jedno, co powinno wystarczyć za całą recenzję dania – moja Córka powiedziała – smaczne – a ona nie lubi suszonych pomidorów i dań z nimi.


Ja dodam od siebie słowo o szpinaku – jak dla mnie idealny. Nie rozgotowany, idealnie doprawiony, nie przesolony – dla niektórych przyprawić oznacza dużo posolić.


No i na koniec deser. „Mus szparagowo – pistacjowy z białą czekoladą”...
i nagle się okaże, iż skłamałam wcześniej, mówiąc, że napiszę coś o deserze... Nic, nie napiszę... rozmarzyłam się... przepraszam ;)







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza