środa, 8 sierpnia 2018

Jak nie nudzić się w Bieszczadach



Zainspirowani serialem „Przystanek Bieszczady” postanowiliśmy odwiedzić jednego z jego bohaterów. 


Jednego z ostatnich w Bieszczadach wypalacza węgla drzewnego, Zbyszka Bisowskiego. Często słyszymy lub używamy określenia ginące zawody mając na myśli kowali, bednarzy czy zdunów itp., ale w przypadku wypalaczy węgla to nie slogan, to naprawdę ginący zawód. Sam proces wypału węgla nie jest specjalnie skomplikowany. Choć to tylko złudzenie, trzeba mieć ogromne doświadczenie, żeby drewna nie spalić na popiół.


Obecnie w Bieszczadach stosuje się retorty pionowe - są to około trzy metrowe walce postawione na sztorc wykonane z grubej blachy. 


Do jednej retorty trzeba załadować około 12 metrów sześciennych drewna. Trochę to waży. Potem już tylko podpalić i regulując dostęp powietrza czekać, aż drewno zamieni się w węgiel drzewny. Proste prawda? Tylko żeby to się udało potrzebne jest doświadczenie zdobywane latami, w delikatnie mówiąc niesprzyjających ciężkich bieszczadzkich warunkach. Latem gorąco, zimą zimno, praca na odludziu w lesie, w samotności i zero mechanizacji, wszystko trzeba wykonać ręcznie. Szacunek Panowie. Obawiam się, że w tym przypadku nie ma już ratunku i wraz z ostatnimi bieszczadzkimi wypalaczami ich zawód zaginie. Tym bardziej cieszymy się, że mogliśmy Was spotkać i zobaczyć, ile doświadczenia, pracy i wysiłku kosztuje wyprodukowanie


worka najwyższej jakości węgla drzewnego.


Za dnia jeździmy, chodzimy, zwiedzamy, jemy - czas na nocne atrakcje. Z nocnymi klubami to tu raczej trudna sprawa, ale jest coś absolutnie unikatowego. 


Widok Drogi Mlecznej dla osób, które przyjechały z miasta jest szokujący i niezmiennie fascynujący. Na terenie większości Polski coraz trudniej zobaczyć Drogę Mleczną, czy poszczególne gwiazdy. Bieszczady, jak chyba żadne inne miejsce w Polsce, stały się synonimem dzikiej przyrody. Bieszczady to również jedno z ostatnich miejsc w Europie, gdzie wciąż występuje prawdziwie ciemne niebo, prawie zupełnie wolne od zanieczyszczeń sztucznym światłem. Jednak ciemne niebo, tak jak i inne elementy bieszczadzkiej przyrody, wymaga ochrony. Nieprzemyślany rozwój infrastruktury miejskiej, drogowej czy turystycznej, tworzącej tzw. "świetlny smog" może sprawić, że również z Bieszczadów zniknie "dzikie" gwiaździste niebo. Dlatego kilka lat temu powstał tu Park Gwiezdnego Nieba Bieszczady.
Celem powołania parku jest propagowanie ochrony środowiska nocnego w zakresie ochrony przed sztucznym, nadmiernym światłem, ochrona przyrody oraz promocja turystyki astronomicznej i ekologicznego rozwoju regionu. Ważnym celem jest edukacja młodzieży. Szerzenie wiedzy z zakresu astronomii w atrakcyjny sposób w połączeniu atrakcyjnymi formami wypoczynku blisko przyrody to szansa na wyedukowanie nowego pokolenia naukowców „
Dużą nocną atrakcją, dla dużych i nieco mniejszych, są pokazy astronomiczne odbywające się w bezchmurne noce w gospodarstwie astro-turystycznym „Dolistowie” w Dwerniku (Dwernik 11A, gmina Lutowiska). Są one niepowtarzalne (bo ziemia się jednak kręci) i co kilka dni można obserwować inne zjawiska na niebie. Każdy pokaz składa się z części multimedialnej (około 30 minut) oraz praktycznej. Praktyczna to minimum godzina poświęcona na oglądanie nieba pod fachową opieką astronoma. W jej trakcie uczymy się orientacji na niebie i rozpoznawania głównych gwiazdozbiorów. Prowadzący za pomocą wskaźnika laserowego pokazuje gwiazdozbiory, mgławice, galaktyki i gromady gwiazd. Za pomocą dużych teleskopów możemy zobaczyć to, czego nie zobaczymy gołym okiem na Księżycu, Jowiszu, 


Saturnie 


czy Marsie. Można spróbować zrobić samodzielnie zdjęcie korzystając z komórki i teleskopu. Niezapomniane wrażenia - polecamy. 
Informacja oraz pokazy astronomiczne: 731 244 177 (odbiera Paweł Duris) poczta@gwiezdnebieszczady.pl


Osobą, przed którą trzeba się głęboko pokłonić za benedyktyńską pracę, którą wykonał jest Pan Krzysztof Antoniszak, na co dzień mieszkający w Cisnej – gawędziarz, podróżnik i kucharz, który od lat zgłębia tradycję kulinarną Bieszczadów. Jest autorem kilku książek o tematyce kucharskiej z pogranicza łemkowsko-bojkowskiego. Przez wiele lat zbierał przepisy od osób, które jak mówi „już spożywają niebiańskie potrawy”. Jak pisze w przedmowie do książki „Kuchnia Bieszczadu - czyli to, co jedli i pili Łemkowie i Bojkowie ponad 100 lat temu” - „Na podstawie starej bieszczadzkiej kuchni można odtwarzać historię tej ziemi, czasy mlekiem i miodem płynące oraz okres tzw. nędzy galicyjskiej, która nie omieszkała tej ziemi ominąć. (...) Można więc w tej książce znaleźć potrawy bardzo proste i prymitywne, które pozwalały na jako takie przeżycie, ale można również srodze się zdziwić, kiedy potrawy będą bardzo zacne i drogie. Ponad wszystko jednak, prymitywność przygotowania tych potraw i ich zadziwiający, wspaniały smak nie mają sobie równych w żadnym innym rejonie świata”. 



Rozmowa z Panem Krzysztofem zainspirowała mnie do wypróbowania kilku przepisów (już niedługo na blogu), a natychmiast do chęci zakupu tak zwanej cegły – glinianego naczynia przypominjącego brytfankę z przykrywką. To naczynie z wypalonej gliny, należy najpierw na kilka godzin zanurzyć w wodzie, potem włożyć do niego składniki potrawy i umieścić na 1,5- 2 godziny w piekarniku lub w gorącym popiele z ogniska. W takich naczyniach można przygotować praktycznie każdą potrawę na gorąco. Będziemy próbować, a spotkanie z Panem Krzysztofem i jego żoną Anną chodzącymi encyklopediami wiedzy o Bieszczadach pozostanie w naszej pamięci na długo i skłoni w przyszłości do powrotu w ich gościnne progi.


Państwo Anna i Krzysztof Antoniszak prowadzą gospodarstwo Agroturystyczne „Szymkówka” Cisna 54, tel. 013 468 64 36, kom. 0696 585 410, 0608 156 174 , email: anna.krzysztof@onet.eu


W czasie pobytu w Bieszczadach, jeśli chcemy zmienić na jeden dzień otoczenie polecamy wycieczkę do Lwowa. My podróżowaliśmy z biurem podróży Bieszczader. Wycieczka pod względem organizacyjnym bez zarzutu. Program został zrealizowanych w 100 % choć tempo było zabójcze. Wyjazd pozwolił tylko liznąć piękno tego miasta. Niestety przebiegliśmy tylko po najważniejszych miejscach: 



Cmentarzu Łyczakowskim i 



Orląt Lwowskich, starówce, 



Katedrze Ormiańskiej, 



Katedrze Łacińskiej, 



Cerkwi Przemienienia Pańskiego i 



Operze. 



Na pewno warto zaplanować sobie wyjazd do tego miasta na kilka dni by spokojnie go zwiedzić i móc niespiesznie chłonąć jego atmosferę. Jedyny minus takiej wycieczki to przejście graniczne. Rozumiem, że to jest granica między Unią Europejską a resztą świata, ale nic nie usprawiedliwia minimum dwóch godzin na odprawę jednego autokaru. Nie popisali się tu ani polscy, ani ukraińscy funkcjonariusze. My byliśmy przed sezonem i dwa razy podjeżdżaliśmy na granicę jako pierwsi, a staliśmy po ponad 2 godziny w każdą stronę. W sezonie, kiedy jest kolejka kilku autokarów, wycieczka jednodniowa zamienia się w kilkudniową. Takie sytuacje niestety mają miejsce, biuro podróży nie pobiera z tego powodu dodatkowych opłat ;)
Jak już udało nam się wrócić na ojczyzny łono, wycieczkę zakończyliśmy przed dworcem PKP w Ustrzykach Dolnych. Późno, ciemno, głodno i do domu daleko. Podjęliśmy ryzykowną decyzję – idziemy coś zjeść do pobliskiej restauracji Niedźwiadek. Ryzykowną, bo budynek z zewnątrz „niepozorny”. W środku pusto, ale godzina też już późna. Szybki przegląd menu i już humory na się poprawiają. Sporo dań nawiązujących do lokalnej tradycji. My nie odkrywamy ameryki, lecimy standardem i decydujemy się na 



placek po bieszczadzku oraz 



pierogi ruskie. Strzał w dziesiątkę placek chrupki z dobrymi kawałkami mięsa w sosie, a pierogi bardzo przyzwoite.
Jadąc na wakacje zawsze pytamy, czytamy, szukamy informacji, gdzie można dobrze zjeść, kupić lokalne produkty. Nie inaczej było i tym razem. W kilku miejscach spotkaliśmy się z opiniami, że dobre, ba najlepsze pstrągi w Bieszczadach można zjeść w Smażalni Pstrąga „Córka” w Terce. To już niestety historia. Do momentu, kiedy przez płot działała druga smażalnia, może była to prawda. Odkąd zabrakło konkurencji, w zgodnej opinii również okolicznych mieszkańców (nie konkurencji), lepszego pstrąga można zjeść w wielu innych miejscach. Tu zostały już tylko wspomnienia po dawnych dobrych czasach. Szkoda. 



Jeśli pogoda nie pozwoli na bieszczadzkie wędrówki, lub musimy odpocząć, polecamy wycieczkę do Leska. Muzeum Historyczne posiada w swoich zbiorach jedną z najpiękniejszych w Polsce kolekcji sztuki cerkiewnej (ponad 1200 eksponatów). Od najstarszych XV i XVI wiecznych po XIX wieczne. 



Piękna kolekcja pokazuje, jak malarstwo ewoulowało na przestrzeni wieków, zmieniał się sposób pisania ikon



Wystawa robi wielkie wrażenie.



Ikony przedstawiajace świetego Mikołaja... i niech teraz ktoś powie, że Mikołaj nie istnieje ;)

W muzeum znajdziemy również największą na świecie liczącą ok 600 prac, kolekcję dzieł Zdzisława Beksińskiego.



Na koniec warto obejrzeć kolekcję ceramiki pokuckiej. Pokucie to kraina położona w Karpatach Wschodnich, w górnym biegu Prutu i Czeremoszu, na terenie dzisiejszej Ukrainy. Miejscowa ludność – Huculi – zajmowała się pasterstwem, rolnictwem i rzemiosłem.


Ceramika pokucka to półmajolika. Proces produkcji rozpoczynało formowanie na kole garncarskim. Po odstawieniu do częściowego przeschnięcia powierzchnię naczynia białkowano, czyli pokrywano podkładem z rzadkiej glinki, wypalającej się na biało. Kiedy podkład stężał, gwoździem osadzonym na drewnianym trzonku rytowano ornamenty, malowano ugrowymi glinkami, suszono, w końcu wypalano i ponownie malowano farbami ceramicznymi. 



Formy pokuckich wyrobów wykazują niezwykłe bogactwo. Nawiązują one do form neolitycznych, antycznych i starogreckich. Niektóre przypominają ceramikę łużycką. Najwięcej jest wazonów, dzbanków o pękatych, zaokrąglonych bądź cebulastych brzuścach, ale prezentowane są też naczynia o kształtach podłużnych. 



Uwagę zwracają talerze, patery, dzbanki i kubki reprezentujące szkołę kołomyjską, a nawiązujące do sztuki greckiej i tyrolskiej, a także świeczniki (postawnyk, trijcia), naczynia na wódkę (kołacz, płaskanka) oraz drobne przedmioty codziennego użytku.


Kolejną atrakcją w Sanoku jest Park Etnograficzny. Na jego zwiedzenie trzeba zarezerwować minimum 2-3 godziny. 



Położony jest na prawie 40 hektarach bardzo zróżnicowanego terenu. 



Zgromadzono tu ponad 100 obiektów. Odtworzono tu typowe układy wsi i zagród z okresu od XVII do XX wieku. 



Obok budynków mieszkalnych, mieszkalno-gospodarczych i gospodarczych znajdziemy również obiekty sakralne (XVII-wieczny kościół, dwie XVIII-wieczne cerkwie bojkowskie, jedną okazałą cerkiew łemkowska z samego początku XIX w. i kilka malowniczych kapliczek), budynki użyteczności publicznej (szkoła wiejska, zajazd) oraz obiekty przemysłowe (młyn wodny, wiatraki, kuźnie). Do większości obiektów można wejść i obejrzeć urządzone wnętrza.
Zagroda pokazowa żubrów w Mucznem. Zagroda usytuowana jest przy drodze Stuposiany - Muczne. Zajmuje 9 hektarów i przebywa w niej kilka żubrów. Dokarmiane są o stałych porach, więc nie ma problemu, że ich nie zobaczymy. Żubry przebywają w zagrodzie kilka miesięcy, a potem są dołączane do zwierząt żyjących na wolności. Ale wtedy już trudniej je spotkać.


W samym Mucznem w Centrum Promocji Leśnictwa znajdziemy niewielki, bo 350 metrowy pawilon. Możemy w nim obejrzeć najbardziej charakterystycznych przedstawicieli fauny i flory Bieszczad. Fragmenty ekosystemu leśnego, czyli na przykład jelenia, żubra, wilka czy dzika w naturalnym dla niego środowisku w poszczególnych porach roku.



Zwiedzaniu towarzyszą efekty dźwiękowe i świetlne. Może nie jest to największe i najbogatsze muzeum, ale dla dzieci może być sporą atrakcją. My zwiedzaliśmy go w trybie indywidualnym (przed sezonem) z przewodnikiem więc pytaniom nie było końca, a Pan przewodnik dysponujący ogromną wiedzą, odpowiadał na nie ze stoickim spokojem.

3 komentarze:

  1. Moim zdaniem Bieszczady to tak piękny region, że nie da się tam nudzić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też tak uważamy :) tytuł troszkę przewrotny ;) pozdrawiamy

      Usuń
  2. Również mieliśmy okazję poznać Zbyszka. To wspaniały człowiek :)

    OdpowiedzUsuń